1

Temat: Breivik...

Witam. Chciałbym poruszyć temat Andersa  Breivika (teraz to juź jest niejaki Fjotolf Hansen - zmienił sobie imię), skazanego na karę 21 lat pozbawienia wolności przez NORWESKI wymiar sprawiedliwości.
Jak pewnie Wiecie, człowiek ten dopuścił się zabicia ok 70 osób, młodych ludzi, celem czego było radykalne, a przede wszystkim zbrodnicze zamanifestowanie światu swojej niechęci i dezaprobaty dla przyjmowania na teren Europy ludzi z poza niej, kulturowo i etnicznie odmiennych.
W dzisiejszym czasie być może wielu ludzi mogłoby się zapewne zgodzić z samym sprzeciwem ku takiemu pro-emigrantczemu procederowi, choć mam nadzieję, że mało kto sam środek zamanifestowania tego sprzeciwu raczyłby uznawać za, delikatnie mówiąc, odpowiedni.
Pan ten (staram się nie ulegać tu emocjonalnej żąglerce epitetami...) został skazany przez sąd na - dla wielu ludzi wzburzonych bestialstwem jego zbrodni - "zaledwie" 21 lat "pozbawienia wolności". Dla wielu ludzi owo "pozbawienie wolności" - biorąc pod uwagę standard w jakim dane mu jest  karę odsiadywać - jest wyjątkowo łagodnym zadośćuczynieniem, wszak kara śmierci wydaje się tu dla większości ludzi środkiem jedynym i odpowiednim.
Zwłaszcza, że tak radykalnego wyroku doczekali się w przeszłości (i nadal się doczekują), mający na swoim "koncie" "zaledwie" jedną ofiarę śmiertelną (a chyba nawet nie koniecznie)...
A Breivik zabił z zimną krwią kilkadziesiąt młodych osób!
Tymczasem, oprócz tego, że dostał karę iście humanitarną, to w dodatku warunki funkcjonalnie i prawa jakie mu przysługują są na prawdę ekskluzywne.
Człowiek ten ma dla siebie jednoosobową celę, telewizję, internet, konsolę do gier (pewnie nawet może grać w te, o które poprosi), prawdopodobnie dostaje 3 posiłki dziennie (a nie zdziwię się, jeśli przy odpowiedniej determinacji mógłby zabiegać o więcej i smaczniej) i ogólnie wolno mu na prawdę dużo.
W swojej natrętnej i maniętnej bezczelności pisze on ciągle skargi na standard i warunki w jakich dane jest mu egzystować, tak jakby nie czuł najmniejszej nawet skruchy (bo nie wiem, czy stać go na wyrzuty sumienia) z powodu ogromu zbrodni, której dokonał.
Z resztą - czy dobry człowiek byłby w stanie dokonać czegoś takiego...?
Ja sobie tego nie wyobrażam (no, może czasami, kiedy mam do czynienia ze złymi ludźmi)...
Choć dopuszczam do siebie możliwość, że nawet taki Breivik (a dokładniej on jako dusza) ma w sobie potencjał na dobroć i Boskie Światło, ale być może sam czuje, że gdyby w tym życiu je do siebie dopuścił, to po prostu "spłonąłby" z wyrzutów sumienia... Dlatego, być może, brnie dalej w swoich wypaczeniach. NIE WIEM SAM.

A piszę to, bo nasz Hejal wykazał w jednym ze swoich wpisów uznanie dla poziomu cywilizacyjnego Skandynawii, jako stojącej wyżej moralnie, etycznie a może i duchowo (kto wie, może osoby odpowiedzialne za napisanie Prawa w krajach skandynawskich traktują np prawo karmy jako realne, więc kara "ludzka" nie powinna być tak surowa?).
I zastanawiam się, jak on traktuje taką karę i jak widzi osobę Breivika?
Bo wiecie, może tak po prostu miało być, a nasz aktualny sposób patrzenia na te kwestie jest przestarzały, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozwój duchowy przeciętnego człowieka, który jest po prostu... tragiczny - brak rozwoju duchowego.
I w związku z tym może ten wyrok nie jest w rzeczywistości, jeśli weźmie się pod uwagę kwestię reinkarnacji i karmy, wcale taki zły.
Zwłaszcza, że no wiecie, śmierć to błysk!... i koniec, a lata w klatce... i ludzie pracujący autentycznie nad "zresocjalizowaniem" takiej osoby mogą pokazać być może lepszy kierunek.
Zastanawiam się jak tą sprawę widzi Hejal, ale interesuje mnie również perspektywa Malgosi czy Waclawa...
Bo wiecie, podobno Bóg każdego raczy takimi doświadczeniami, jakich powinien człowiek doznać.
I jedni doznają bycia mordercą, a inni ofiarą... Wybierając sobie konkretne doswiadczenia na czas danej egzystencji...
Jak to widziecie?
Hejal? Waclaw? Malgosia?

Pozdrawiam Was ciepło,

Prass

2

Odp: Breivik...

Zastanawia mnie czego w ramach prawa karmy mógłby doświadczyć taki Breivik za odebranie życia tylu niewinnym (a może taka miała być karma tych dusz) ludziom... Na pewno oddala się bardzo ostro takim czynem od celu, jakim ma być dotarcie i złączenie się ze źródłem (przykładowo) no i pewnie doświadczy na przestrzeni następnych wcieleń (a może np nie dane mu będzie się wcielać...) jakichś strasznie nie fajnych zdarzeń.

Przy okazji od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie takie pytanie:
Czy ten świat jest światem młodych dusz czy światem dusz nisko rozwiniętych (co nie musi oznaczać, że młodych, a np "nie chętnych rozwojowi")? I czy młode dusze siłą rzeczy muszą być do pewnego pułapu rozwoju... durne, czy może jest o wiele więcej czynników od których zależy ich poziom rozwoju?

Bo sam się zastanawiam, czy możliwe jest więc, abym kiedyś, w początku swojej drogi był takim tumanowatym i zahukanym "schabem z passerati", a jeśli tak, to czy dane mogło to być nawet wielkim duchowym mistrzom?...
Bo jeśli tak, jeśli tak to wszystko działa, to mijając na ulicy karka ze złotym łańcuchem na szyi (czyli duszę w takim świńskim nośniku fizycznym), istnieje prawdopodobieństwo, że jest mu pisane stać się w dalekiej raczej przyszłości np nauczycielem duchowym...
I choć brzmi to śmiesznie lub nieprawdopodobnie - to wydaje mi się to sensowne. Wszak Bóg kocha rzekomo nawet tych najbardziej zagubionych i również wobec nich ma wielkie plany (Zaczytuję się ostatnio III Testamentem).

smile

3

Odp: Breivik...

O nie, nie chciałbym się cofnąć w rozwoju, bo - tak jak powiedziałaś - byłaby to strata czasu, ale przede wszystkim musiałbym pewnie na nowo doświadczyć tych wszystkich "szoków termicznych" w postaci doswiadczen i zdarzeń, które wpływają na ewolucję duszy (i czlowieka), a więc z natury swojej stanowią wyzwanie - często bardzo ciężkie... Więc musieć przejść od początku tą samą drogę - tylko nie to wink
Widzisz ja wierzę, że wyzwania jakie stoją przed duchem (bo to nim jesteśmy) wraz z jego rozwojem ulegają zmianie pod względem swojej natury. Dla mnie większość ludzi na tym świecie doświadcza takich "pakietów" podstawowych doświadczeń jakie pisane są młodej duszy. Są one po to, aby dusza w miarę czasu zaczęła rozumieć sens bycia dobrym, empatycznym, wrażliwym, uduchowionym itd.
Tzn z tego co obserwuję to ta planeta jest niczym przedszkole albo podstawówka dla dusz (albo ewentualnie kara za grzechy hehe smile) )
Uświadczyć tu prawdziwie uduchowiony umysł (ale nie fanatyczny) to jak znaleźć pod poduszką sto milionów - mało prawdopodobne, choć możliwe...
Problem leży z resztą w kulturze i oprogramowaniu ludzi... To jest letarg rozwojowy - ludzie nie rozumieją po co tutaj są i marnują czas, marnują okazję... To jest po prostu tragiczna sytuacja. Możesz to nazywać zasłoną Maji albo ciemną epoką Kali Jugi - oddzielenie (matrix) osiągnęło zenit.
Ludzie nie wiedzą po co żyją.
Dalej, zastanawia mnie kwestia apokalipsy w postaci zapowiadanych katastrof naturalnych, wojen, powszechnego chaosu... Czy to jest pisane po prostu duszom na określonym etapie rozwoju, ktore inkarnują w tych czasach, aby przeżyć doswiadczenie upadku i odrodzenia (o renesansie ducha mówi wiele źródeł), czy może jest to kara dla tych mentalnych potworów (tak - tak postrzegam ludzi w swojej masie) i ze świadomym inkarnowaniem nie ma to nic wspólnego?

Wracając jeszcze do doswiadczen duszy proporcjonalnych do jej poziomu rozwoju...
Na tym świecie gigantyczna większość jest nieświadoma. A nieświadomy człowiek dostanie najpierw lekcje, aby stawał się stopniowo coraz bardziej świadomy i z biegiem czasu aby w ogóle dostrzegł wartość wzrostu świadomości (zaczął brać odpowiedzialność za siebie - za swoje mysli, czyny).
Natomiast... są tutaj dusze, które nie przyszły po naukę. Owszem, mogły w międzyczasie musieć sobie pewne rzeczy przypomnieć, ale właśnie - przypomnieć.
Ci dostają np misję i są inspirowani w odnalezieniu swojej drogi i uświadomieniu swojej misji (żeby nie było za łatwo), aby z biegiem czasu pomóc temu światu w jego odrodzeniu.
Pewnie patrzysz na to podobnie, ale piszę to, bo po pierwsze chcę się podzielić moimi przemyśleniami, a po drugie widzę, że akurat Ty Malgosiu jesteś na wyższym poziomie rozwoju (choć tylko Ty możesz wiedzieć na jakim faktycznie).
Cieszę się, że Cię spotkałem - jesteś piękną i mądrą istotą. Płomykiem światła i świadomości w oceanie ciemności i ignorancji.

Co do ludzi - widzę, że i Ty żywisz wobec nich wyrzut...
Jak ja to mówię - nie uduchowione umysły i niestety dalekie od drogi ku uduchowieniu.
Musi im najpierw niebo spaść na głowę, aby się obudzili...
I spadnie...

4

Odp: Breivik...

Raczej niezamierzony "poeta" - chciałem Ci po prostu napisać kilka miłych, ciepłych słów, bo nie jesteś robotem. I choć nie jestem pewien Twojego światła, to póki co wywarłaś na mnie pozytywne i bardzo miłe wrażenie - chyba masz kontakt z "rdzeniem", nie
jesteś "zidiociałym produktem multiplikacji" smile) (przysłowiowe "oczko" do Wacława).
Poza tym - to na prawdę OGROMNIE miłe usłyszeć, że się jest dla kogoś bratnią duszą. Znaczy to chyba, że Cię zaciekawiłem, że jestem dla Ciebie z jakiegoś powodu atrakcyjny.
Wzrasta poczucie sensu... życia na tym schorowanym świecie.
Jeśli jest się dla kogoś "światełkiem", lustrem w którym dostrzega coś wyraźnego z siebie.
Ja w Tobie widzę przede wszystkim niespotykaną witalność takiej pierwotnej ciekawości. Nie jesteś marna, zgorzkniała, "wypatroszona".
Jesteś żywą duszą, która się nie poddaje. I nie daje się... jak inni.

Odpowiadając na Twoje pytanie odnosnie kresu poznania...
Cóż... Może być nawet tak, że z naszym ludzkim potencjałem nie stać nas nawet na dywagacje na ten temat, zbliżone choć trochę do prawdy.
Choć sądzę, że mamy łaskę zbliżenia się do prawdy, choć w ramach zawężonego, ograniczonego aparatu percepcyjnego naszego logicznego mózgu i dualistycznego świata.
Ale teorii można by wymyśleć niezliczoną ilość...
Wszak jesteśmy duchem wcielonym w ciało. Może kluczem jest uduchowienie?
A może w żadnym życiu, zwłaszcza na fizycznej płaszczyźnie, nie znajdziesz odpowiedzi. Albo pozorne czy połowiczne.
A jeśli uzyskasz w którymś fizycznym zyciu (tu jestem więc do fizycznej rzeczywistosci nie znam za dobrze, choćby dla tego że innych nie pamietam) odpowiedź proporcjonalną do maksimu możliwości pojmowania jakie w nim posiadasz i dalej odszukasz dzięki niemu pokój i poczucie sensu do końca swoich dni, to co?
A może w ogóle Twoja obawa przed takim "schizofrenicznym", "potwornym" scenariuszem wcielania się w nieskończoność jest tylko obawą duszy odciętej od Absolutu, w którym egzystuje w świecie ducha jak w krainie całkowitego zrozumienia i zgody?
I może np na pewnym poziomie rozwoju inkarnujesz już tylko dobrowolnie? Albo w ogóle? Albo na niewyobrażalnych, miliardy razy korzystniejszych zasadach?
Albo dobrowolnie i z czymś w rodzaju silnego przeczucia odnośnie "sensu życia", że takie egzystencje nie są dla ciebie takim emocjonalnym prysznicem bólu jak teraz, czy "do teraz"?
Nam ludziom wydaje się często że jak jest początek, to musi byc koniec, że jak jest a to musi byc z...
Widzimy malutki fragment. Ale myślę że na drodze prawdziwego rozwoju duchowego stać nas na wygenerowanie bardzo silnego "przeczucia", które daje siłę, dobrą energię.
Myślę też że zasługą nie koniecznie jest zrozumienie w tym zyciu (czy nawet w innych" sensu tego wszystkiego - zasługą jest się zbliżyć to tego sensu, tak abyś kiedy wrócisz tam "na górę", zobaczyła na ile udało ci się odkryć karty. Bo moze na górze rozumie się to wszystko - jest się zarazem częścią i całością Absolutu?
Z tej naszej ludzkiej perspektywy dla wielu ludzi ten plan może rzeczywiście jawić się jako coś okropnego i może lepiej zniknąć na zawsze...
Ale to na prawdę kwestia uduchowienia - bez tego to nawet lepiej nie myśleć na te tematy, bo można zwariować.
Zaakceptować sens nieskończoności - w tym widzę wyzwanie i nad tym należy medytować.
Buddyści mówią, że życie to przygotowanie do egzystowania w wieczności.
Skoro życie to nie miej pretensji, jeśli nie uzyskasz odpowiedzi w ciągu najbliższych dni...
Fizyczność dla mnie to przede wszystkim wyzwanie dla ducha - udochowić nim siebie.
Miałem w życiu masę sytuacji świadczących o sensie takiego celu.
To jest duchowość - o tym się nie mówi.
W to się albo w końcu rzuca (np kiedy alternatywą jest samobójstwo), albo gnije i czeka do następnej egzystencji... i na nowo podjąć wyzwanie uduchowienia.
To kwestia różnicy między świadomością i jej brakiem. Nie wyjaśnisz nieświadomemu co to znaczy być świadomym z prostej przyczyny - bo jest nie świadomy!
Dopiero kiedy stanie się świadomy, zadziwi się swoją pierwotną nieświadomością...
Chyba nawet za małe z nas mróweczki, aby przerażać się perspektywą "nonsensu" tego wszystkiego.
Ja skupiam się przede wszystkim na tym życiu - chcę opuścić je z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
I myślę, że Bóg (i my jako jego część) nie robi nas w konia. Miałem w życiu prawdziwe sytuacje graniczne, zwątpienia itd... I za KAŻDYM razem prowadziło to do poszerzenia zrozumienia, percepcji i wzrostu świadoności. Trzeba szukać prawdy, odpowiedzi... w prawdzie. Kolejny sprawdzian siły ducha.
Ten świat to nie jest nasz dom.

5

Odp: Breivik...

A Ty Wacław - kim jesteś?
Jesteś bardzo inteligentny. Indygo? Kosmita? Geniusz? Frustrat?
Powiedz coś o sobie.
Odkryj choć trochę...

6

Odp: Breivik...

Zetknąłem się z poglądem, że nasz cywilizacyjny dysonans między względnie zaawansowanym rozwojem techni- i technologicznym a rozwojem duchowym jest ewenementem na skalę... ogromną, że jest to niemal niespotykany stan rzeczy i stanowi to patologiczną sutuację.
Rzekomo istnieją cywilizacje odpowiedzialne za nadzorowanie nas, interweniowanie w sytuacjach krytycznych (zapobieganie np atakom nuklearnym) i ograniczanie naszego ekspancjonistycznego pozaplanetarnego pola manewru.
Wynika to z tego, że jesteśmy nieuduchowieni, a przede wszystkim agresywni i stanowilibyśmy na naszym obecnym stanie świadomości zagrożenie dla innych, stając się niczym tacy kosmiczni piraci.
Jest to również związane z pewnymi kosmicznymi prawami, czy to natury pan-kosmicznej czy np zapisanymi w takim kodeksie utworzonym przez międzyplanetarne rasy, cywilizacje itd.
No i technologia - albo jeszcze nie przekazana, albo zakazana w eksploatowaniu - mam tu na myśli przede wszystkim statki o napędzie antygrawitacyjnym.
Krótko mówiąc - nie spełniamy warunków i nie jesteśmy gotowi.
Dodałbym tu jeszcze niechęć obcych do otwartego kontaktu - bo ludzie albo by zareagowali agresją albo straciliby grunt pod nogami (zwariowaliby). Dla wielu prawda odbiegałaby zbyt od światopoglądu implantowanego przez religie, "kulturę"...
Z resztą o czym tu mówić patrząc dziś na stan świadomości przeciętnego człowieka. Ludźmi kieruje podświadomość. Nie ma gruntownego samopoznania.
Czytałem kiedyś że jako ludzkość mamy poważny problem (w ogóle się tym nie zajmujemy) wg kosmitów ze zintegrowaniem w sobie podświadomości, świadomości i nieświadomości.

Przy okazji mam pytanie - czy mógłbym zadać Ci Wacław trochę pytań na tematy, które - jak sądzę - byłbyś w stanie mnie usatysfakcjonować odpowiedzią?
Myślę, że mógłbym się od Ciebie dużo dowiedzieć (i nauczyć).

Pozdrawiam,
Prass

7

Odp: Breivik...

Pomagać innym w rozwoju...
Ludzie muszą najpierw odczuć sens, dostać obietnicę, że ich rozwój im się do czegoś przyda i wpłynie na komfort egzystencji.
Bo w ogóle kto się za rozwój (mam tu na myśli przede wszystkim rozwój świadomości, albo inaczej - rozwój którego wpływ na wzrost świadomości się w nim zawiera, jest jego naturalną i kluczową pochodną)
świadomości zabiera, zwłaszcza na tym świecie pełnym nisko rozwiniętych "humanoidów"? Przede wszystkim Ci którzy wierzą, że da im to odpowiedzi, wyjaśnienie ich cierpienia egzystencjalnego - że rozwój uśmierzy albo nawet zakończy ból, nada szerszą perspektywę.
Ale i tu wg mnie pojawia się następny problem - otóż człowiek pragnący nawet poszerzenia świadomości, żyjąc w świecie (w cywilizacji i kulturze), w którym PRAWDZIWY rozwój świadomości (różne fałszywe, lekkie drogi też...) traktowany jest jak zwykła fanaberia, dziwactwo (uwarunkowania kulturowe) ma do wyboru albo odrzucić ten świat (w sensie ideowym) i trwać we wzroście w nieustannym zmaganiu się z absurdami, wypaczeniami i kłodami rzucanymi pod nogi albo dać sobie spokój i pogodzić z aktualnym (raczej niekorzystnym i przykrym) stanem rzeczy, rezygnując ze świadomej partycypacji w rozwoju świadomości, duchowym, odbierając sobie możliwość zebrania większego czy zasobniejszego plonu doświadczeń (i wniosków) z tej egzystencji.
Inna sprawa jeszcze, że na tym świecie (pewnie zwłaszcza w materialistycznym świecie zachodnim) mało kto ma faktyczne przeczucie albo nawet pewność co do przysłowiowego "życia po śmierci" czy czegokwiek innego - to ma ogromne negatywne implikacje...
Więc sam Widzisz...
Dodam jeszcze, że w aktualnym cywilizacyjnym, dziejowym kontekscie jako klucz do wydobycia tego świata z dna jest wg mnie po pierwsze duchowość (ludzie muszą na prawdę zrozumieć że istnieje ponadmaterialne, wieczne, które oprócz tego ma głęboki "sens")
i faktyczne zjednoczenie w celu jakim byłoby kompleksowe wydobycie świata z zapaści (również kompleksowej), a to również wymagałoby od ludzi (od jednostki) dużych wyrzeczeń... Czy stać nas na to?
Dlatego aby zaistniało drugie musi najpierw w powszechnej świadomości narodzić się pierwsze.
No i kontekst sytuacyjny - jakiś ogólnoświatowy kryzys, aby ludzie weszli do tej "sali luster"...
Dlatego dla mnie na prawdziwy rozwój (i zapotrzebowanie u ludzi na duchowość) należałoby niestety poczekać, aż ten świat zacznie się "sypać"...
A że można inspirować poszczególne jednostki do rozwoju? Pewnie że można. Ale właśnie - jednostki.
Już to robiłem i nawet z efektem (chodzi o to że ludzie trwają w mentalnym, kulturowym chaosie, który jest powszechny, ale dobrymi argumentami i przyjaznym nastawieniem można trochę uporządkować ten bałagan)

Myślę że lepiej jest się przygotować na czas, w którym takie zachęty trafią na podatniejszy grunt.
Świadomość jest za niska (być może i zdolności intelektualne ludzi), aby umieć powziąć pod wątpliwość sens dalszego życia na dotychczasowych zasadach.
Musi się to wszystko tak posypać, aby ludzi dotknęło to personalnie.

P.S Nie odnoszę się do wszystkiego co piszesz, ale wszystko starałem się przeczytać uważnie i ze zrozumieniem - w miarę swoich możliwości oczywiście smile)
I oczywiście biorę pod uwagę, że możesz odczuwać rodzaj dyskomfortu w obcowaniu z ludźmi - czy to ze względu na mentalność, czy IQ. Szanuję to i rozumiem.

Prass

8

Odp: Breivik...

Opiekunowie - masz na myśli cywilizacje, które się nami opiekują? (A skoro "...najpiękniejszym momentem w rozwoju huminida jest stawianie pierwszych kroków", to może nawet naszych twórców...)
Skoro sprawiać miałoby im radość obserwowanie naszego rozwoju (chodzi bardziej o rozwój indywidualny czy cywilizacyjny?) to chyba chcą dla nas dobrze. Pytanie dlaczego jest tak źle?? Naturalny rozdział (albo naturalny rozdział "opcjonalny"?) który musimy przejść?
O owej "historycznej chwili"  porozumienia się z naszymi twórcami piszesz, że na kontakt stać byłoby niewielu... A od czego to zalezy? - na czym w rozwoju się skupić, jakie działania podjąć, w jakim kierunku?

9

Odp: Breivik...

Ojej... Jesteś bardzo autorytatywny, a ja nie bez powodu spróbowałem wejść z Tobą w rozmowę. Wydaje mi się, że w powyższym poście na temat rozwoju podałem Ci dobre argumenty odnośnie trudności w ukierunkowaniu ludzi na bardziej pro rozwojową ścieżkę. I napisałem to, ponieważ jak sądzę mógłbym (mogłem) uzyskać od Ciebie (o ile faktycznie jesteś tak rozwinięty...) kilka wskazówek czy to odnośnie konstruktywniejszego wpływu na rzeczywistość, czy rozwoju indywidualnego ( np uruchomienia czakr, przepływu energii, wzrostu zdolności psychicznych).
Jeśli nie dostrzegasz charakteru w jakim piszę i oczekiwań jakie za tym stoją, od razu dystansując się od tego (bo Ty przede wszystkim "Ogłaszasz"), to rzeczywiście chyba nie mam co liczyć na uzyskanie od Ciebie odpowiedzi czytelnych i przyjaznych, wynikających z potrzeby ukazania rozmówcy prawidłowego, właściwego kierunku czy zainspirowania paroma ciekawymi spostrzeżeniami.
Szkoda. Ale widocznie nie czujesz się do tego zobligowany (albo po prostu nie potrafisz - nie wiem).
Ja też kończę z Tobą rozmowę - czujesz się za mocny.
A wydaje mi się, że nie o to chodzi.

Ładną muzykę udostępniasz w większości, zobacz te utwory (bardzo wzniosłe i piękne wg mnie):

https://youtu.be/Ue6ZSyovKM4

https://youtu.be/vxcxk0cl9vk

10 Ostatnio edytowany przez PrassAdamsJr (2017-06-28 12:31:26)

Odp: Breivik...

Malgosia.wl

Przepraszam, że nie odpisałem dotąd - byłem bardzo zajęty i nałożył się na to chwilowy mini-kryzys egzystencjalny. W dużym skrócie - czułem się ostatnio bardzo źle.

Te słowa, które do mnie napisałaś...
Dziękuję Ci za nie, ludzie tego nie dostrzegają, ale i ciężko dostrzec czyjąś wrażliwość, kiedy samemu ma się jej raczej taki bardziej infantylny zalążek. Wzniosłość, wspaniałomyślność, dojrzałość - mało jest tego na tym świecie.
Dzięki...

Również wracając na ziemię...
Nie mogę się z Tobą zgodzić w kwestii czasu na zbieranie doświadczeń. Bo skoro mówisz, że ludzie dożywają maksymalnie stu - stukilkudziesięciu lat i jest to wyłączny czas na zbieranie doświadczeń i nauki, a śmierć jest wyzerowaniem (bo jak rozumiem bierzesz pod uwagę reinkarnację) i w związku z tym i zgodnie z Twoimi słowami umieramy, zanim nauczymy się czegokwiek... To logicznie z Twoim wywodem również Saleinjiczycy, dożywając co prawda nawet tego tysiąca lat, wraz ze śmiercią tracą swoje doświadczenia...
A przecież chodzi tu przede wszystkim o dojrzałość duszy.
Choć biorę pod uwagę, że chodzi Ci bardziej o wyrafinowanie cywilizacji w ramach pojedynczego wcielenia, gdzie istoty dożywające tych setek i tysięcy lat są w stanie nadać swojej cywilizacyjnej awangardzie bardzo wysoki stopień zaawansowania kulturowego, duchowego czy technicznego.
Myślę, że w ramach ludzkiego bytu trudno będzie nam o znaczne wydłużenie życia w bliższym czy teochę dalszym czasie.
Musimy jeszcze zreformować zasady naszego współistnienia, zwrócić się ku indywidualnemu samopoznaniu, wyciągnąć odpowiednie wnioski...
W ogromnym skrócie - życie na tej planecie nie może być dla ludzi takim piekłem jak teraz.
Bo w tym świecie (w tej inkarnacji) wydłużanie sobie życia jest jakimś absurdem, masochizmem.
Nie zgadzam się też, że od naszego zaawansowania technicznego zależy, czy kosmici się z nami skontaktują.
Chodzi tu przede wszystkim o duchowy wzrost świadomości - mamy być łagodni, dojrzali, pomocni, mądrzy.
Ale rozumiem, że poruszasz się w trochę innym kontekscie.

Na razie tyle ode mnie.

Jesteś ciekawym człowiekiem i utrzymujmy kontakt. Nawet więcej - starajmy się go zawężyć, w granicach rozsądku oczywiście smile)
A jak? - przede wszystkim przez otwartą dyskusję, dzielenie się swoimi spostrzeżeniami.

Trzymaj się ciepło

https://youtu.be/_Jtpf8N5IDE

11

Odp: Breivik...

Malgosia.wl

smile Sam nie wiem, co powiedzieć...
Twoje słowa są nacechowane taką wypływającą z serca inicjatywą dodania otuchy, rozświetlenia drogi.
Nie wstydźmy się tego i nie obawiajmy się tego smile
Doceniam to i odbieram jako coś bardzo miłego smile I naturalnie, Dziękuję.

Ja taki jestem od urodzenia i właściwie od zawsze życie stanowiło dla mnie wyzwanie. W dzieciństwie była to podświadoma obawa przed przyszłością, potęgowana permanentnym uczuciem niedopasowania. Byłem smutnym i nadwrażliwym dzieckiem, bardzo delikatnym. Moja uwaga była skierowana do wewnątrz.
Od urodzenia czułem się inny mentalnie... Raziła mnie i doprowadzała do płaczu agresja, dzika emocjonalność, potrzeba dominacji moich rówieśników.
Mnie nie było stać na takie zachowania. Była to dla mnie kompletnie inna bajka, w której siłą rzeczy musiałem uczestniczyć.
Podczas, gdy inni zabiegali o świat zewnętrzny, ja kierowałem uwagę do środka. Pamiętam, że jako mały chłopiec podchodziłem do lustra i wpatrywałem się w nie z niewypowiedzianym pytaniem: "kim jestem?"... Wpatrywałem się sobie w oczy i pamiętam, że przeżyłem wtedy pierwszy wstrząs "emancypujący" - zobaczyłem w swoich oczach duszę jakby z innej rzeczywistości. Tak jakbym ujrzał coś bardzo dziwnego.
Dziś widzę to tak, że to co zobaczyłem i poczułem jednocześnie to dysonans pomiędzy młodym, dziecięcym ciałem, a starą duszą, którą ujrzałem wtedy w lustrze.
Był to jeden z pierwszych etapów mojego przebudzenia - na tamten czas doświadczenie wstrząsające, ale i stwarzające pole na narodzenie się w przyszłości kolejnych pytań...
Proces samopoznawania, bardzo intensywny, miałem więc już od wczesnego dzieciństwa. Wielu ludzi przez całe życie nie zadaje sobie nawet tych pytań. Są za trudne, wzbudzają lęk, dotykają strefy komfortu. I to nie zarzut. Po prostu tak jest. Wszystko przed nimi (i nami).
Poza tym ja nie jestem wrogi wobec ludzi - brak mi po prostu takich, którzy podobnie czują.

I zgadzam się ze wszystkim co piszesz odnośnie wysiłku fizycznego - czynnie praktykuję i sprawia mi to przyjemność.

Natomiast przede wszystkim jestem zmęczony niską świadomością u ludzi. To mnie siłą rzeczy pozycjonuje i wpływa źle na wszystko inne.
Czuję się zmaltretowany niskimi wibracjami, a utrzymywanie wysokich (które są moją naturą - stopniem rozwoju duchowego, którego dorobiłem się na przestrzeni dotychczasowych inkarnacji) w tym świecie jest teraz bardzo dużym wyzwaniem. Lepiej być ponurym, ostentacyjnym, konformistycznym kmiotem... Czego nie potrafię nawet na pokaz.
W jednej z książek Barbary Marciniak jest taki cytat świetnie oddający charakter mojej sytuacji, parafrazując:
"Niesienie światła jest bardzo trudnym zadaniem, kiedy raz się je do siebie wpuści, nie ma odwrotu".
To paradoksalnie optymistyczne - jeśli więcej ludzi się oświeci, to na prawdę stać nas będzie na przebudowanie tego świata. smile
A uwierz mi - stoi za tym konkretny plan, a za planem cywilizacje, którym zależy na naszym "wzniesieniu"...
To bardzo skoordynowane i przemyślane działania.

Temat wydłużania życia faktycznie odłóżmy na "kiedy indziej". Skoro zależy Ci na tym, to widocznie odczuwasz silny sens i radość z własnego życia. Albo bardzo boisz się śmierci... Bo np nie jesteś przekonana o istnieniu duszy...
Choć pewnie nie jest tak jak rozważam.
Mnie tutaj wiele nie trzyma, bo po prostu nie jestem z tąd. Choć żywię nadzieję, że odszukam jeszcze w swoim życiu światło pochodzące z zewnątrz.
Dlatego działam właśnie w tym kierunku. Notabene bardzo konkretnie...

Pozdrawiam Cię i wierzę, że zrealizujesz swoje plany.

P.S. Znam Alan Parsons Project - znakomity artysta smile)

12 Ostatnio edytowany przez PrassAdamsJr (2017-07-01 00:19:41)

Odp: Breivik...

Ooo proszę Pani... To z tego co widzę, nawet konkretne doświadczenia życiowe mamy na koncie podobne...
O swoich przez Internet to wolałbym  nie opowiadać...
Ale ogólnie ja też drogę oswobodzenia się upatrywałem w ukróceniu sobie życia. Z tego powodu byłem kilka razy nawet hospitalizowany... I nie dlatego, że postanowiłem się "wyłączyć" - po prostu byłem tak nieszczęśliwy, że nie chciało mi się żyć. Jednak i te doświadczenia okazały się być korzystne, a ja postarałem się wyciągnąć z nich jak najwięcej dobrych wniosków.
To są wszystko przykre rzeczy, ale to sytuacje krańcowe, progowe mają moc przeprogramowania dotychczasowego postrzegania czy rozumienia rzeczywistości.
U wielu ludzi tzw bezproblemowych te lęki siedzą głęboko w podświadomości, a my się z nimi ścieramy - rozmyślamy nad sensem życia, nad śmiercią; przeżywamy zło i staramy się je dotknąć, zrozumieć i oswoić; doceniamy prawdziwe piękno i razi nas brak estetyki;
Nie wystarczają nam proste odpowiedzi, więc szukamy, rozmyślamy i przeżuwamy, już nawet nie koniecznie z cnoty bycia takim "ambitnym i bezkompromisowym", co z własnej natury. Po prostu tacy jesteśmy.
I choćby skały srały dopniemy swego - z godności, szacunku i wierności Prawdzie. Zmęczeni mimikrą, udawaniem, konformizmem i sztampowością. W poczuciu misji i w zgodzie z samym sobą.

Ja co prawda nigdy jeszcze przytomności nie straciłem, z jakiegokolwiek powodu... Ale w trakcie mojego "okresu przebudzenia", na jego początku, podczas lekcji w szkole dosłownie nagle napełniła mnie pewność, że zaraz na sto procent zostanę wzięty do odpowiedzi (co okazało się prawdą)... I nie dlatego, że bałem się, bo byłem np nieprzygotowany do zajęć.
Jednocześnie poczułem się wtedy dosłownie obnażony, jakby wszyscy dookoła wiedzieli co myślę i kim jestem. Bardzo dziwne wrażenie.
Ja się wtedy źle poczułem i poprosiłem o pozwolenie na skorzystanie z pomocy pielęgniarki.
Kiedy zmierzyła mi ciśnienie, okazało się, że mam 240/200, w przybliżeniu.
Jednocześnie bardzo cierpiałem - jakbym poczuł całe zło tego świata.
I to może nie jest żadne odkrycie - ale ciemność potrafi być potworna, przejawiać się na wiele sposobów czy postaci...
Pełno jej nadal na tym świecie.

Odnośnie Twojej głodówki - cóż, musiałaś być bardzo zdeterminowana.
Choć Twoje samozaparcie jest na prawdę godne uwagi - tyle dni wody nie pić, to jak na własne życzenie wysiąść na środku Sahary. Ot, taki pomysł na skończenie ze sobą...

Wracając jeszcze do tego przebudzenia...
W teologii natknąłem się na 3 fazy wewnętrznej transformacji:
1.Oczyszczenie;
2.Oświecenie;
3.Zjednoczenie;

I, cholera jasna, wszystko się zgadza.
Myślę, że jestem na trzecim etapie, który polega w dużym skrócie na zrozumieniu swojego miejsca i zadania na świecie i jednoczesnej pracy nad miłością i współczuciem wobec bliźniego, jakikolwiek by on nie był.
Ta transformacja wewnętrzna, to ona ogólnie jak już zachodzi, to wydaje mi się że zwłaszcza dwa pierwsze etapy idą szybko. Trzeci i ostatni jest tym, z którym się pracuje właściwie do końca życia.
Bo oczyszczenie polega wg mnie na zagotowaniu we wrzątku przeciwności tak, że człowiek już nie ma siły... Po to, aby to wszystko puścić. I odpuścić.
To się zazębia z oświeceniem, które jest naturalną kontynuacją procesu.
Choć liczy się przede wszystkim wola i wytrwałość.
Bo nie zdziwiłbym się, jeśli byliby tacy, którzy nie wykorzystali by takiej możliwości.
Choć z drugiej strony - może to rodzaj łaski, dla tych którzy są na prawdę na to gotowi?
Myślę, że wiesz o czym mówię i pokrywa się z Twoimi doświadczeniami, sądząc po tym co piszesz.

Pozdrawiam przyjaźnie smile

P.S.

Humorystyczny załącznik opcjonalny:
https://youtu.be/1OyvkPTpNnY

I o dramacie tego świata:
https://youtu.be/ca_Cv7seV4Y

13 Ostatnio edytowany przez PrassAdamsJr (2017-07-04 13:39:58)

Odp: Breivik...

Przepraszam, ale sam czuję się urażony Twoją retoryką, choć rozumiem, że nie masz złych intencji.
Prawienie morałów przez internet osobie, której się nie zna, zwłaszcza gdy sama dyskusja ma podłoże autoteliczne i zapoznawcze, nie jest najlepszym pomysłem.
To przekroczenie granicy (wyjście kilka kroków przed szereg) i prowadzi to do irytacji i niesmaku.
I pamiętaj - nie współczuj jawnie ludziom (jeśli masz taką potrzebę), jeśli oni sami nie zasygnalizują Ci tego wyraźnie, bo może to przynieść efekt odwrotny do zamierzonego (ale Ty o tym wiesz).
Prywatne, przykre aspekty mojego życia przytoczyłem na pewno nie po to, abyś raczyła się nade mną w jakikolwiek sposób zlitować.
Po prostu uznałem, że wiesz o czym mówię.
Poza tym, ja też nigdy nie podejmowałem prób samobójczych, choć bywałem bardzo nieszczęśliwy i nie chciało mi się żyć.
Na szczęście to już przeszłość, więc Twoje uwagi w odniesieniu do mojej aktualnej kondycji są z po prostu nieaktualne.
Mimo to, wszystko to co napisałaś wiem i zgadzam się z tym.
Wykazałaś się mocno apodyktyczną postawą w tym poście...
Bo w kwestii owych trzech etapów transformacji raczyłaś zanegować mój punkt widzenia, poruszając kwestię rozwoju duchowego w aspekcie macro, czyli ogólnie drogi duszy do doskonałości na przestrzeni tysięcy jesli nie milionów wcieleń.
I poczyniłaś uwagę wyrwaną z kontekstu, bo ja mówiłem tu o aspekcie micro, czyli pojedynczej egzystencji. Nie powiedziałem nic o tym, jakoby to miała być moja ostatnia... I nie wydaje mi się, abym napisał nie prawdę. Ty też napisałaś prawdę, tylko odnośnie szerszego kontekstu smile)
Podsumowując - ze wszystkim co napisałaś zgadzam się, choć nie do końca pasuje mi sposób.

No ale taka uroda rozmów przez internet - nie wszystko da się przekazać w sposób zgodny z intencją, więc i nie wszystko warto pisać.
A ponieważ nie wyglądasz mi na "oszołoma", a na osobę z otwartym umysłem choć niestandardową, to może w przyszłości można by się spotkać na płaszczyźnie fizycznej.
Bo ludzie podobni do siebie powinni się poznawać.
Inaczej będziemy tak se "gadać" raz czując ze sobą pokrewieństwo, a innym razem wściekając się na siebie. Znając się i jednocześnie w ogóle nie znając.

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę Ci wszystkiego dobrego

14

Odp: Breivik...

Nie da się obronić kogoś takiego jak Breivik. Idiota zamordował przecież ~60 dzieci. Nie można strzelać do nich tylko dlatego, że są członkami partii lewicowej.
Powinien poprzestać na wysadzeniu budynków rządowych.

PS W swoim manifeście zawarł podręcznik terroryzmu i w którym jest instrukcja budowy bomby na azotanie amonu. Napisał jak zdobywać potrzebne komponenty, jak nie dać się złapać etc Ciekawa lektura, ale autor to socjopata.